Dwa treningi za mną. Jest lepiej, niż myślałem, mimo przerwy daję radę przebiec 30 minut bez przerwy. Tempo niezbyt powalające, ot truchcik, ale kończę ze sporą rezerwą sił i bez zabijania się.
Nie wiem nawet ile ma trasa, którą sobie wybrałem, wczoraj zajęła mi ok. 35 minut, dziś 32 i tak naprawdę to się liczy.
Przeczytałem kilka artykułów dla początkujących biegaczy i ze zgrozą odkryłem, że ja to już początkujący nie jestem, że 30 minut to umowna granica oddzielająca kompletnego nowicjusza od nowicjusza już niekompletnego. Co prawda w zeszłym roku dawałem radę nawet 40 minut biec, i to po lesie, ale czułem się znacznie gorzej, wracałem wypluty. Teraz wracam przyjemnie zmęczony, e świadomością rezerw.
Planu “‘maraton w 2012″ nie weryfikuję, ale myślę, że może już w tym roku pobiegnę w biegu na pięć kilometrów? A może nawet na khem khem… dziesięć? Się zobaczy. Na razie chce do końca wakacji trenować według swojego planu – czyli trzy dni treningów, czwartego przerwa na odpoczynek i rozciąganie. Trening ma trwać trzydzieści minut, jeśli poprawię szybkość, wówczas wydłużę trasę na tle, żeby założone pół godziny biegu utrzymać.
A skąd tytuł? Ano stąd że w Go Sport w Jankach możesz sobie człowieku kupić fafnaście rodzajów szpicrut, a nie kupisz zwykłego stopera. Niezwykłego zresztą też. Podobnie jak termoaktywny tshirt za mniej niż 70 zł. A ja chcę taki za 30, bo zakładając 5/6 treningów tygodniowo i tak będzie do wyrzucenia dość szybko.
Jutro wybiorę się do Decathlonu, kupiłem tam rok temu tanie i zadziwiająco wytrzymałe ubranie na siłownię, w którym teraz biegam.